@RT   moja  strona  o  sztuce

 

Rabindranath Tagore (1861 - 1941)

 

***
...Poza smutkiem mojego serca słyszę szelest rzeczy, których nie widzę...

 

PIEŚNI OFIARNE (GITANJALI) 1912

 

...Uczyniłeś mnie bezkresnym, taka jest chęć twa i wola. Wypróżniłeś i wypróżniałeś słabe to naczynie i ciągle świeżym napełniałeś je życiem. Poprzez góry i doliny niosłeś te fletnię trzcinową i przez nią wieczyście nowymi oddychałeś melodiami. Pod nieśmiertelnym dotknięciem twej dłoni serce moje gubi granice swoje w radości i niewysłowione rodzi wyrazy. Nieskończone twe dary otrzymuje drobnymi rękami. Wieki mijają, a ty wciąż je wylewasz i wciąż tu jest miejsce, aby je wypełnić...

...Gdy każesz mi śpiewać, wydaje się, jakby serce moje pękało z dumy; i spoglądam w twe oblicze i łzami zachodzą me oczy. I wszystko, co w moim życiu twardym jest dysonansem, w słodką zalewa się harmonię, a uwielbienie moje roztacza swe skrzydła niby ten ptak radosny, lecący poprzez morze. Wiem, że raduje cię ma pieśń; wiem, że tylko z pieśnią stanąć mogę przed twym obliczem. Krajem szeroko rozpiętych skrzydeł mej pieśni dotykam stóp twych, których bym nigdy inaczej nie sięgnął. Pijany rozkoszą śpiewaniem, zapominam się i nazywam cię przyjacielem- ciebie, coś panem jest moim...

...Nie wiem, jak śpiewasz, mój mistrzu! Słucham cię nieustannie w cichym podziwie. Światło twej muzyki oświetla świat. Żywotne tchnienie twej muzyki płynie od nieba do nieba. Święty strumień twej muzyki głaźnie przerywa zapory i toczy się dalej. Serce moje pragnie połączyć się z twym śpiewem, ale napróżno walczy o głos. Chciałem przemówić, lecz mowa moja nie wybucha śpiewem i oto krzyczę, zawiedzion. Ach! Serceś moje pochwycił w nieskończone sidła twej muzyki, mój mistrzu!...

...Życie mojego życia! Starać się będę zawsze, aby moje ciało utrzymać w czystości, wiedząc, iż wszystkie me członki twoje żywotne owiewa tchnienie. Starać się będę zawsze, aby od myśli moich wszelaką odganiać nieprawdę, wiedząc, żeś ty jest prawdą, która w duszy mej zapaliła światło rozumu. Starać się będę zawsze, aby od serca mojego wszelakie odpędzać zło i nie pozwalać okwitnąć miłości mojej, wiedząc, że ty królujesz w tego serca wielkim ołtarzu. I dążyć będę do objawienia ciebie w mych czynach, wiedząc, że moc twa doda siły do dzieła...

...Proszę cię, racz mi cierpliwie pozwolić na chwilę siąść przy twym boku; dzieła, które mam spełnić dokonam później. Z dala od widoku oblicza twego serce moje nie zna spokoju, ni wytchnienia i dzieło moje nieskończonym staje się trudem na bezbrzeżnym morzu trudu. Lato ze swymi szepty i szelesty zjawiło się dziś u mych okien; pszczoły pobrzękują swą pieśń miłosną na dworze kwitnącego gaju. Teraz to właśnie jest pora siedzieć spokojnie przy Tobie i patrząc Ci w oczy, śpiewać Ci w tej cichej, przelewającej się godzinie spoczynku pieśń, poświęconą życiu...

...Zerwij to kwiecie maleńkie i bierz je, nie zwlekaj! Lękam się, aby nie zwiędło i nie rozpadło się w proch. Nie znajdzie ono miejsca w twym wieńcu, ale ty uczcij je bolesnym dotknięciem swej ręki i zerwij. Lękam się, aby nie uszedł dzień, zanim się spostrzegę i aby nie minęła chwila ofiary. Jakkolwiek nie głębokiej jest barwy i słabej li woni, niech przecież ci służy, rwij go, dopóki jest czas...

...Pieśń ma pozbyła się swych ozdób. Nie chełpi się strojnością, ni świecidłami. Ozdoby mogłyby zniszczyć naszą wspólność, mogłyby stanąć pomiędzy tobą i mną, w ich brzękadłach mogłyby zginąć twe szepty. Moja próżność pieśniarska zamiera ze wstydu na twój widok. O ty pieśniarzu mistrzowski, siedziałem u twych stóp. Spraw, iżby życie moje proste było i szczere, podobne do fletni trzcinowej, którą ty napełniasz melodią...

...Dziecko w książęce odziane szaty, z klejnotnym na szyi łańcuchem, traci wszelką przyjemność w zabawie, strój jego na każdym przeszkadza mu kroku. W trwodze, aby go nie rozedrzeć lub nie zapylić, trzyma się z dala od świata, lęka się niemal poruszać. Matko, nie na dobre wychodzi ten przymus strojenia jeśli oddziela człowieka od zbawczego pyłu ziemi, jeśli pozbawia go praw wkraczania na wielkie targowisko pospolitego życia ludzkiego...

...O ty szaleńcze, pragnący na własnych dźwignąć się ramionach! O ty żebraku, u własnych żebrzący bram! Złóż- że swój ciężar w ręce, które wszystko dźwignąć umieją i nie oglądaj się po za siebie ze skruchą. Żądza twa zgasi od razu światło lampy, którą dotknęła swem tchnieniem. Pozbawiona jest świętości- nie przyjmuj darów z nieczystych jej rąk. Przyjmuj li to, co nieskalana podaje ci miłość...

...Tutaj oto jest twój podnóżek i stopa twoja spoczywa, gdzie żyją najbiedniejsi, najlichsi straceńcy. Jeżeli spróbuję nagiąć się ku tobie, nie dosięgnę, nagiąwszy się, głębiny, gdzie stopa twoja spoczywa śród najbiedniejszych, najlichszych straceńców. Pycha nie dotrze nigdy do granic, gdzie ty, w płaszczu pokory, kroczysz śród najbiedniejszych. Serce moje nie znajdzie nigdy drogi w dziedzinę, gdzie ty bratasz z pozbawionymi braćmi najbiedniejszymi, najlichszymi straceńcami...

...Daj spokój tym zawodzeniom, tym śpiewom, temu odmawianiu różańca. Do kogóż ty się modlisz w tym ciemnym kącie świątyni, w obrębie tych bram zamkniętych? Otwórz-że oczy i patrz, Bóg twój nie stoi przed tobą. On-ci przebywa, gdzie oracz twardą przeoruje ziemię i gdzie kamieniarze tłuką kamienie. Przebywa z nimi w słońcu i na deszczu, a szata jego pokryta jest pyłem. Zdejmij z siebie płaszcz ten święty i jako on zstąp na zapyloną ziemię! Wyzwolenie? Gdzież znaleźć to wyzwolenie? Mistrz nasz wziął radośnie na siebie więzy stworzenia; związał się z nami na wieki. Wyjdź-ze z swoich rozmyślań i zostaw w spokoju kwiaty i kadzidła! Cóż szkodzi, że potargasz i zabrudzisz swe suknie? Idź ku niemu i w pocie czoła trudź się z nim razem...

...Długi jest czas mej podróży i długa jest droga. Wyruszyłem na wozie z pierwszym promieniem światła i dążyłem dalej poprzez dzikie pustynie gwieździste, na niejednej planecie. Najdalsza to droga zbliżająca cię najbardziej ku tobie samemu; a najmozolniejsze jest ono ćwiczenie, które wszystkie do najprostszego prowadzi tonu. Do wszelkich wrótni cudzych pukać musi wędrowiec, zanim dojdzie do swoich, trzeba się też przez zewnętrzne przedzierać światy, ażeby w końcu dostać się do Przenajświętszego. Oczy moje błądziły daleko i szeroko, zanim je zamknąłem, mówiąc : "Tu jesteś!" Pytanie i krzyk "O, gdzie?" rozpływa się w tysiączne potoki łez i topi świat w powodzi zapewnienia "jestem"...

 

PRZEPRAWA

 

11.

Oczy moje, czuwając bez przerwy, nie znają snu, jednakże samo czekanie na ciebie radość mi sprawia, choć wiem, że czekam na próżno.

Serce moje błąka się nocą po deszczu, wyglądając twojej miłości i cieszy się samą nadzieją, że miłość kiedyś przyjdzie, choćby nie miała przyjść nigdy.

Mijają mnie przechodnie, idący swoją drogą. Sam odgłos kroków twoich radość mi sprawia, choć może sądzona mi będzie samotność.

Twarz ziemi spokojna, okryta zasłoną jesieni, budzi tęsknotę w moim sercu. Cieszę się, że dano mi zaznać tej bolesnej tęsknoty, choć może nie zostanie zaspokojona.

16.

Przyszedłeś rankiem z pieśnią do mego progu: zły byłem, że mnie zbudzono, odszedłeś więc z pustymi rękoma.

W południe przyszedłeś prosić mnie o łyk wody: odprawiłem cię szorstko, ponieważ mi przeszkodziłeś w zajęciach.

Wieczorem przyszedłeś z zapaloną pochodnią: zląkłem się i zatrzasnąłem ci drzwi przed nosem.

Teraz o północy siedzę samotnie w ciemnym pokoju i przyzywam gościa, którego wypędzałem za dnia.

19.

Przyszedłeś do mnie z kwitami i dźwiękiem fletni, gdy wiały wiatry wiosenne.

Taki niepokój wzbudziłeś w moim sercu, że jego łagodne fale spiętrzyły się w nawałnicę, unosząc na swoim grzbiecie czerwony lotos miłości.

Zapraszałeś, ażebym poszedł z tobą oglądać tajemnice żywota.

Lecz ja zasnąłem w altanie z wiosennych liści.

Gdy się zbudziłem, po niebie przewalały się chmury, a zwiędłe liście szeleściły na wietrze.

Słyszę przez szum ulewy, jak zbliżają się twoje kroki i jak głos twój zaprasza mnie, ażebym poszedł za tobą oglądać tajemnice śmierci

Podchodzę do ciebie i składam swoją dłoń w twojej. Oczy ci błyszczą i strumyki wody spływają po twoich włosach.

30.

Jeśli miłość dla mnie, to czemu poranek tak się w swych pieśniach żali i czemu szepczę słowa na wiatr, ten wiatr z południa, unoszący je w jasną zieleń młodych liści?

Jeśli miłość nie dla mnie, to czemu noc dźwiga w milczącej tęsknocie ból samotnych gwiazd?

I czemu głupie tak niebacznie puszcza łódkę swojej nadziei na morze dalekie, nie wiedząc, gdzie i jak morze się kończy?

33.

Ktoś wsunął mi niespodzianie kwiat miłości do ręki.

Serce moje ktoś porwał i na wiatr rzucił. Nie wiem, czy odnalazłem sprawcę, czy szukam go jeszcze, czy to rozkosz, czy męka.

42.

Daj mi być wolnym jak ptaki pustkowia, ci wędrowcy szlaków niewidzialnych!

Daj mi być wolnym jak potoki deszczu i jak burza z rozwichrzonym włosem, pędząca gdzieś, gdzie jej cel niewidoczny!

Daj mi być wolnym jak puszczy pożoga, wolnym jak piorun, co śmieje się grzmiąco i ciska wyzwanie mrokom!

52.

Dałeś mi wiele, ale ja cię proszę o więcej.

Nie na łyk wody czekam, ale na źródło.

Chcę, abyś nie tylko do progu mi towarzyszył, ale do samego przybytku Mistrza.

Nie darów miłującego żądam, ale jego samego.

58.

Nocą bezsenną myślałem o zmarnowanym życiu.

I wydało mi się, że słyszę swój własny głos:

"W beztroskich dniach młodości otwierałeś wszystkie drzwi domu twego na oścież.

Przeto świat wchodził i wychodził, jak mu się podobało, niosąc ze sobą brud, powątpiewanie i kłamstwo, i swoje własne pieśni.

Zachodziłem do ciebie razem z tą ciżbą, raz po raz, nie zauważony i nie proszony.

Jakżebym mógł wejść do twojego domu, gdybyś w mądrości swojej drzwi pozamykał i mieszkał w odosobnieniu?"

62.

Kiedy dzwony dzwoniły w twej świątyni rankiem, mężczyźni i kobiety śpieszyli przez las z pękami kwiatów dla ciebie w ofierze.

Ale, ja leżąc w cieniu drzew na trawie, tylko patrzyłem, jak oni przechodzą.

Chyba dobrze zrobiłem, żem czekał bezczynnie, bo moje kwiaty były wtedy w pąkach.

Wreszcie rozkwitły, więc idę ci złożyć ofiarę teraz, gdy kończy się dzień.

69.

Niechaj moja pieśń będzie zwyczajna jak otwarcie oczu w świecie, jak rosa kapiąca z liści.

Zwyczajna jak kolory obłoków i jak ulewny deszcz o północy.

Jednakże struny mojej lutni są dopiero co nawiązane, więc tony wylatują z nich jak nie przytępione groty.

Toteż skłócone są z duchem wiatru i rozdzierają światłość niebieską, a granie moje stara się zagłuszyć twe pieśni.

73.

Dałeś mi od rana usiąść przy swoim oknie.

Cichym sługom twym opowiadałem o drogach, które biegną tam, gdzie im rozkażesz, i przełączałem się do śpiewających o twoim niebie.

Widziałem morze podczas ciszy, niosące spokój niezmierny, a podczas burzy usiłujące wyrzucić na wierzch tajemnicę swych głębin.

Podpatrywałem ziemię w czasie zbytkownej uczty młodości i w płynących wolno godzinach, gdy z góry opuszczają się cienie.

Słyszeli moje pozdrowienia ci, którzy wychodzili siać i przechodzili przez moje pieśni, ci, którzy nieśli do domu plony albo i puste kosze.

Aż minął mój dzień i oto wieczorem śpiewam na koniec pieśni o tym, jak umiłowałem twój świat.

 

ROSNĄCY KSIĘŻYC

 

 

Świat dziecka

Chciałbym przycupnąć w zakątku, w sercu świata, który jest wyłącznie własnością mojego dziecka.

Wiem, że są tam gwiazdy, co z nimi gawędzą, i niebo, co się schyla ku jego twarzy, aby je zabawić figlami tęcz i obłoków.

Cokolwiek udaje niemowę i wygląda, jakby się nie było zdolne poruszyć, podpełza do jego okna, znosząc mu opowieści i naręcza lśniących zabawek.

Chciałbym móc podróżować po drodze, która biegnie przez dusze dziecka i wybiega poza wszystkie granice;

Gdzie pędzą bez powodu gońcy, roznoszący poselstwa pomiędzy królestwami władców, którzy nie posiadają historii;

Gdzie rozum puszcza uczynione ze swoich praw latawce, a prawda wyzwala fakty z krępujących je więzów.

 

Na morskich wybrzeżach

Na wybrzeżach bezkresnych światów spotykają się dzieci.

Nieskończone niebo trwa bez ruchu nad głową, a nie znająca spoczynku woda wciąż się burzy. Na morskich wybrzeżach światów dzieci spotykają się, krzycząc i tańcząc.

Wznoszą z piasku swoje budowle i bawią się pustymi muszlami. Z opadłymi liści robią łódeczki i ze śmiechem puszczają je na ogromną topiel. Dzieci bawią się na wybrzeżach światów.

Nie umieją pływać, nie umieją zarzucać sieci. Poławiacze nurkują po perły, kupcy płyną na swych żaglowcach, a dzieci zbierają kamyczki i znowu j rozrzucają. Nie szukają ukrytych skarbów, nie umieją zarzucać sieci.

Morze wzbiera ze śmiechem i połyskuje blady uśmiech plaży. Śmiercionośne fale śpiewają dzieciom niezrozumiałe ballady, całkiem jak matka, kołysząca w hamaku niemowlę. Morze bawi się z dziećmi i połyskuje blady uśmiech plaży.

Na wybrzeżach bezkresnych światów spotykają się dzieci. Burza błądzi w bezdrożach nieba, okręty giną w bezdrożach wód, śmierć krąży, a dzieci się bawią. Na wybrzeżach bezkresnych światów odbywa się wielkie spotkanie dzieci.

 

OSTATKI MYŚLI

 

...Żaden płomień nie płonie wiecznie. Albo olej się skończy, albo wiatr zdmuchnie światło, niejednokrotnie też sama lampa ulega rozbiciu. Może krzykniemy nieraz w przystępie oburzenia, że potęga wieczności jest ostateczną i prawdziwą, albo że dopiero my stwarzamy światło, zapalając lampę. W rzeczywistości jednak każde zgaszenie światła służy tylko do wykazania, iż źródło światła jest niewyczerpane i że prawdziwą potęgą człowieka jest jego zdolność udowodnienia tego zawsze, gdy zajdzie taka potrzeba...

 

***

Kto jesteś czytelniku, który po stu latach czytać będziesz moje wiersze?

Nie mogę ci przesłać ani jednego kwiatu z przepychu dzisiejszej wiosny,
ani jednego pasma złota z obłoków.

Rozewrzyj wrota domu i spojrzyj na dale.

W tym rozkwitłym ogrodzie zgromadź myśli pachnące o znikniętych przed stu laty kwiatach.

W radości serca może zadrga ci żywe wesele, rozśpiewane w pewien ranek wiośniany
i ślące głos swój jasny hen, poprzez sto lat.

 

WSTECZ

 

STRONA GŁÓWNA